Siostry i Bracia muszę się wam przyznać, że miałem duże opory przed złożeniem mojego świadectwa. Dzisiaj ich nie mam bo wierzę, że Bóg chce abym się nim podzielił. Nie robię tego dla własnej próżności, ale w nadziei, że będzie komuś zbudowaniem. Jeśli choćby jedna osoba się zbuduje – Bogu niech będą dzięki. Pochodzę z rodziny katolickiej i zostałem wychowany w tej wierze. Rodzice na co dzień, nie tylko od święta, pokazywali mi i mojemu rodzeństwu, jak żyć w zgodzie z Bogiem i przykazaniami. Tak, że mogę powiedzieć iż Boga znałem od wczesnego dzieciństwa. Lecz nie było to takie jak teraz poznanie osobiste a raczej intelektualne. Z moją wiarą w życiu było różnie. W młodości ciężko zachorowałem. Wszystkie moje plany na dorosłe życie legły w gruzach. Obwiniałem i oskarżałem o to Boga. Potem nastąpił okres modlitwy, nadziei i zaufania Bogu. Bardzo pomogli mi w tym rodzice. Skończyłem studia wyższe, ożeniłem się, urodził nam się syn. Dostałem odpowiedzialną i satysfakcjonującą mnie pracę, szybko awansowałem. Był to okres w moim życiu, gdy Bóg szczególnie mi błogosławił, teraz to wiem, przedtem myślałem, że zawdzięczam wszystko sobie. Tak było do 2000 roku, wtedy ponownie poważnie się rozchorowałem i zmuszony byłem wziąć urlop zdrowotny. Ażeby poprawić sobie nastrój i choć trochę się znieczulić zacząłem częściej i więcej pić alkohol. To były miłe złego początki – diabeł już podstępnie działał ! W 2002 roku przeżywam wielką traumę, 25 marca umiera mój tato a 13 maja, na moich rękach, kona moja ukochana żona. Rozpacz, zdrowie w ruinie i wielka, wielka samotność. Odchodzę od Boga, obwiniam go o wszystkie nieszczęścia, które mnie dotknęły. Lekarz stwierdza, że do pracy już się nie nadaję i muszę przejść na rentę inwalidzką – to kolejny cios. Zaczynam „ostro” pić wódkę. Wpadam w ciąg alkoholowy. Chcę zapić się na śmierć, nie widzę sensu i celu w życiu. Nie będę tu przedstawiał „piciorysu” jest on u większości uzależnionych osób podobny. Nadmienię tylko, że okresy ciągów przeplatane były okresami abstynencji i różnymi próbami wyjścia z nałogu. Do czasu , aż uświadomiłem sobie, że wszystko zawiodło, że sam nie potrafię dalej tak żyć. Czułem, że stoję nad przepaścią, że jestem bezradny jak dziecko. Wtedy nastąpiło przesilenie, przełom. Zdecydowałem się na podjęcie terapii. Pomogli mi w tym moi bliscy i znajomy – absolwent ośrodka „Nowa Nadzieja”. Myślałem wtedy, że jest to tylko moja decyzja. Teraz wiem, że to Jezus mnie znalazł i podał mi rękę. Przyjechałem do Ośrodka bardzo okaleczony psychicznie i fizycznie. Poruszałem się o kuli, niezbędny był mi kołnierz ortopedyczny, gorset i mnóstwo leków. Do czasu przyjazdu do Janowic Wielkich nie miałem kontaktu z Kościołem Zielonoświątkowym. Do końca życia będę pamiętał pierwsze nabożeństwo, w którym uczestniczyłem. Było to 13 grudnia ubiegłego roku. Zobaczyłem radosny, rozśpiewany kościół, odczułem spokój i bezpieczeństwo. Zobaczyłem ludzi wielbiących Boga, a nie odmawiających pacierze. Uzyskałem wtedy pewność co mam zrobić. Wyznałem swoje grzechy i oddałem swoje życie Panu Jezusowi. Poczułem wtedy Jego obecność i spłynął na mnie Boży pokój. Pokój, którego prawdopodobnie nigdy wcześniej nie zaznałem, a na pewno nie od czasu śmierci mojej żony. Bardzo bałem się objawów zespołu abstynencyjnego (bo przestałem także z dnia na dzień palić papierosy). Nic takiego nie nastąpiło. Co z medycznego punktu widzenia jest praktycznie niemożliwe. Zacząłem się modlić z serca, a nie odmawiać wyuczone modlitwy. Zacząłem wielbić Boga i śpiewać. Zacząłem również czytać i rozważać Słowo Boże. Kula, kołnierz i większość leków przestały mi być potrzebne. Biblię przeczytałem w młodości. Lecz potraktowałem ją wtedy jak powieść, a nie jak żywe Słowo Boże. Obecnie odczuwam silną potrzebę modlitwy, czytania i studiowania Pisma Świętego. Czynię to przy każdej sposobności. A najbardziej lubię robić to wcześnie rano, gdy wszyscy jeszcze śpią i na spacerach, gdzie obecność Boga czuję szczególnie blisko. Mam wtedy swój cichy czas. Podczas terapii w Ośrodku zmieniło się całe moje życie. Jezus uwolnił mnie od strasznego poczucia winy, jakie nosiłem w sobie przez tyle lat.
Jestem wolny – narodziłem się na nowo. Teraz wiem, że dla Pana Jezusa nie ma rzeczy niemożliwych. Jest On silniejszy od moich słabości i nałogów. Zrozumiałem, że człowiek nie rodzi się dla alkoholu, nikotyny czy narkotyków, ale po to by swym życiem oddać chwałę Bogu. „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam i na wieki” (Hebr. 13,8).
Dziękuję Bogu, że we własnym życiu mogłem doświadczyć wypełnienia się tej obietnicy. Jezus nadal zbawia, przebacza grzechy i uzdrawia chorych. O czym wam z radością zaświadczam.
Dzisiaj jestem uzależniony od Boga a to jest fantastyczne uzależnienie.
Eugeniusz
